oświadczenie, które napisałem do izby morskiej...



to jest coś jak prokuratura, tylko, ze wieksze chamy tam ponoc siedzą...'


W dniu 8.08.2005 jacht „Rzeszowiak” wyszedł z portu Liepaja około godz. 20.00 w kierunku Helu. Kapitan posiadał aktualną prognozę pogody, która zapowiadała silne wiatry o sile 5 do 8 stopni w skali Beauforta. Przy podobnej sile wiatru jacht pływał na początku rejsu.
Jacht zachowywał się poprawnie na fali, a postawione żagle to: fok, grot z jednym refem i bezan. Około godziny 6.00 wiatr wiał z prędkością ok. 7 stopni w skali Beauforta,
więc zmieniono żagle na sztormowe(fok sztormowy i bezan sztormowy).
Około południa wiatr wiał już z prędkością dochodzącą do 9 stopni w skali Beauforta,
a więc założono ref na bezanie sztormowym.
Warunki z godziny na godzinę pogarszały się, w końcu o godz. 17.30 zadecydowaliśmy
o wezwaniu pomocy. Nadawaliśmy na kanale 16, na początku nasz sygnał SOS odebrał
punkt kontrolny "Kaliningrad-1". Rozmowę w języku angielskim prowadził kol. Darek.
Prosił o wysłanie do nas holownika, lecz stacja nie odpowiadała.
Próbowaliśmy szukać pomocy gdzie indziej, nasz sygnał odebrał norweski prom "Finlandia",
na którym większość załogi(w tym radiooperator) byla Polakami, więc łatwo mogliśmy się z nimi porozumieć.
Podaliśmy im swoją pozycję, gdyż z powodu silnego sztormu nie widzieli nas na radarze, przedstawiliśmy także sytuację, w jakiej się znajdujemy. Odpowiedzieli, że za ok. 40 min. będą przy nas, będą nas eskortowali i spróbują zamówić holownik. Dostaliśmy informację, że udało się zamówić holownik w Kaliningradzie i do czasu jego przybycia będą nas eskortować. Niestety po kilku minutach otrzymaliśmy wiadomość, ze holownik nie przypłynie, a "Finlandia" rozpoczyna akcję ratunkową.
Wiatr był coraz większy i w porywach osiągał 12 stopni w skali Beauforta.
Akcja miała wyglądać tak, że wystrzelą w naszym kierunku, rzutkę z lina holowniczą, a
my na niej podciągniemy się do nich i przejdziemy na ich pokład.
Sterował kpt. Mytych, kol. Maciek zajął pozycję na dziobie, kol. Łukasz na śródokręciu,
a ja na rufie. Został uruchomiony silnik po to, aby zwiększyć naszą manewrowość.
Manewry podejścia "Finlandii" do "Rzeszowiaka" umożliwiające podanie rzutki trwały kilkanaście minut, w tym czasie został uszkodzony kosz dziobowy "Rzeszowiaka", ponieważ nastąpiło zderzenie z rufą "Finlandii". W końcu nastąpiło pierwsze wystrzelenie rzutki, niestety niecelne...
Po kilkunastu minutach powtórzono manewr wystrzelenia rzutki, udało nam się ją przejąć (zaczepiła się o kosz rufowy), lecz
po wciągnięciu liny otrzymaliśmy informację żeby odciąć linę, ponieważ na jej końcu nie ma liny holowniczej.
Przy trzeciej próbie rzutka zaczepiła się o sztag, lecz na jej końcu również nie było liny holowniczej.
W trakcie manewrów z komory silnika zaczął wydobywać się dym i silnik został wyłączony.
Czwarta próba miała być ostatnią, w przypadku niepowodzenia akcję miała przeprowadzić inna(mniejsza)jednostka znajdująca się w pobliżu. Wystrzelono rzutkę. Zaczęliśmy ją wybierać jednak podczas tego manewru doszło
do pierwszego zderzenia "Rzeszowiaka" z "Finlandią". Uderzyliśmy o ich burtę, co skończyło się złamaniem grotmasztu i zniszczeniu bezanmasztu. Nasz jacht znalazł się pod dziobem "Finlandii".
Załoga "Finlandii" przeciągnęła nas w okolice śródokręcia, gdzie otworzyli nam wejście do swojego statku.
Byliśmy zwróceni rufą do ich dziobu. Wejść na pokład "Finlandii" udało się tylko Monice Mytych. Z powodu wysokiej fali opuszczenie naszego jachtu przez resztę załogi było niemożliwe.
Załoga "Finlandii" odcięła cumę i zaczęliśmy się przesuwać w kierunku rufy. Gdy byliśmy na jej wysokości,
Kapitan oraz ja znaleźliśmy się pod uniesioną rufa "Finlandii”, co groziło nam zgnieceniem, więc szybko wyskoczyliśmy do wody. Od razu po opuszczeniu jachtu odpłynąłem od niego kilka metrów, bo pozostanie w jego pobliżu było bardzo niebezpieczne oraz krzyknąłem do pozostałej na jachcie załogi, aby powiadomić ich o swoim położeniu, próbowali oni rzucić koło ratunkowe jednak nie udało mi się do niego dopłynąć gdyż dryf łodzi był dużo większy niż osiągana przeze mnie prędkość. Po tym zdarzeniu płynąłem cały czas za dryfującymi statkami, aby nie utracić kontaktu wzrokowego, co zwiększało moje szanse na ew.
znalezienie mnie przez ekipę ratunkową. Miałem ze sobą plecak owinięty w foliowe worki,
w którym znajdowała się większa część sprzętu elektronicznego załogi(aparaty, telefony kom.) oraz dzienniki pokładowe .Po ok. 2.5 godzinach płynięcia porzuciłem go, żeby zwolnić ręce i móc szybciej płynąć, gdyż powoli traciłem kontakt ze statkiem, który jak widziałem nie mógł mnie namierzyć "szperaczami". Po ok. 3.5-4 godzinach, gdy powoli traciłem świadomość, a na nogach czułem potworne skurcze, zauważyłem śmigłowiec lecący w moim kierunku.
Po chwili zawisł nade mną, a szwedzki ratownik spuścił się na linie i podjął mnie. Po podjęciu na pokład
skierowaliśmy się w kierunku gdańskiego lotniska, gdzie zostałem przeniesiony do polskiego śmigłowca, po czym przetransportowany 7.Szpitala Marynarki Wojennej w Gdańsku.

ryba-and-ziemniak 2005-08-22 21:57:37
skomentuj (25)